„Nie boję się życia”. Justyna Mikołajczyk, czyli kobieta, która postanowiła żyć po swojemu
WIĘCEJ NIŻ NEWS | NOWINY OLEŚNICKIE
KuraNać można byłoby opisać jako sklep ze zdrową żywnością. Byłoby poprawnie. I potwornie nudno. Bo ta historia nie zaczyna się od makaronu z soczewicy, certyfikatów, etykiet ani nawet od pomysłu na biznes. Zaczyna się znacznie wcześniej. Od kobiety, która źle znosi cudze reguły. Od choroby mamy, po której nagle mocniej dociera, że człowiek nie dostał od życia gwarancji na jutro. Od decyzji, że skoro już jesteśmy tutaj tylko na chwilę, może warto przestać żyć tak, jak wypada, a zacząć tak, jak się naprawdę chce.
A gdzieś później pojawia się KuraNać. Nazwa trochę śmieszna, trochę bezczelna i zdecydowanie niemożliwa do pomylenia z kolejnym sklepem „Eko coś tam”. Zresztą pierwotnie miało być jeszcze mocniej. Ale o tym za chwilę.
„Nie byłam nigdy takim dobrym pracownikiem”
Na początku pytam Justynę Mikołajczyk o rzecz pozornie prostą. Jak opisałaby siebie komuś, kto widzi ją po raz pierwszy?
– Jezus Maria, Dawid, serio?
No dobrze. Pierwsze pytanie można uznać za przestrzelone. Próbujemy więc inaczej. Czy najpierw analizuje, czy podejmuje decyzję i rusza?
– Analizuję. Szukam, czytam, szperam, dowiaduję się. Robię cały research. Działam szybko, spontanicznie, ale najpierw badam wszystko bardzo dokładnie.
To połączenie na pierwszy rzut oka wydaje się sprzeczne. Spontaniczność i skrupulatne przygotowanie? U Justyny najwyraźniej mogą mieszkać pod jednym dachem. Podobnie jak niechęć do podporządkowania się komukolwiek.
– Zawsze miałam potrzebę robienia czegoś własnego. Nie potrafię pracować pod czyimś okiem. Nie potrafię pracować dla kogoś, na kogoś. Nie chcę tego robić w życiu. Nigdy nie chciałam. Nie byłam nigdy takim dobrym pracownikiem. Jeżeli musiałam być pod czyjeś dyktando, nie potrafiłam się podporządkować.
Nie mówi tego z miną buntowniczki, która właśnie chce podpalić system. Mówi jak ktoś, kto po prostu dawno temu zorientował się, że do klasycznego modelu „ktoś mówi, ja wykonuję” zwyczajnie nie pasuje.
Przez dziesięć lat zajmowała się stylizacją paznokci. Zaczęło się niepozornie. Ogłoszenie w internecie, pierwsze klientki, pierwsze zaufanie. Potem kalendarz wypełniony na trzy miesiące do przodu. Kiedy po urodzeniu córki, Gabrysi, poinformowała w mediach społecznościowych, że wraca po przerwie, w ciągu kilku dni znów miała zapewnioną pracę na kolejne tygodnie.
– To będzie nieskromne, ale bardzo wzbudzam zaufanie ludzi. Dziewczyny bardzo czekały, aż będą mogły do mnie wrócić.
Mogła więc zostać tam, gdzie było bezpiecznie. Miała klientki. Miała doświadczenie. Miała biznes, który działał. Tylko że w życiu Justyny bezpieczeństwo najwyraźniej nigdy nie było najważniejszą walutą.
Jeden moment, po którym życie wygląda inaczej
Pytam, co ukształtowało ją najmocniej. Przez chwilę szuka odpowiedzi. A potem rozmowa zmienia ton.
– Ukształtowała mnie choroba mojej mamy.
To wydarzyło się kilkanaście lat temu.
– Od tamtej pory zaczęłam postrzegać życie inaczej. To był taki punkt zwrotny, kiedy stwierdziłam, że muszę żyć po swojemu. Życie jest bardzo ulotne. Dzisiaj jesteśmy, jutro może nas nie być. I to był moment, kiedy powiedziałam sobie, że muszę żyć po swojemu, na własnych zasadach i na własnych regułach.
Można stworzyć dziesięć prezentacji motywacyjnych o wychodzeniu ze strefy komfortu. Można zapisać pół internetu cytatami o spełnianiu marzeń. A czasem wystarczy wydarzenie, którego człowiek nigdy nie chciałby przeżyć, żeby wszystkie te slogany nagle przestały być sloganami.
U Justyny właśnie wtedy coś się przestawiło. Dlatego kiedy pytam, czy lubi ryzyko, odpowiedź jest krótka.
– Lubię.
A KuraNać?
– Zawsze nowa branża jest ryzykiem. Człowiek może być dobrze przygotowany, ale zawsze ryzykujesz. Nigdy nie wiesz, czy to pójdzie.
Poszło. Ale zanim pojawił się sklep, był jeszcze drugi ważny moment.
Zainteresowanie zdrowiem było wcześniej. Prawdziwa rewolucja przyszła jednak wtedy, gdy na świecie pojawiła się córka.
– Kiedy wdrażałam w jej życie rozszerzanie diety, mocno zaczęłam zwracać uwagę na to, co kupujemy i co jemy.
Justyna ma charakterystyczny sposób działania. Jeśli jakiś temat ją interesuje, nie wystarcza jej pięć rolek na Instagramie i artykuł znaleziony między reklamą garnków a horoskopem. Czyta. Szuka. Sprawdza. Bierze udział w webinarach. Sięga po opracowania i książki. Interesuje się coraz szerzej zdrowiem i odżywianiem.
A im więcej wiedziała, tym mniej przyjemne stawało się coś tak banalnego jak zwykłe zakupy.
– Zakupy na weekend były dla mnie drogą krzyżową.
Czytała etykiety. Porównywała składy. Miała swoje sprawdzone produkty i coraz większą nieufność wobec tego, co z przodu opakowania wygląda świetnie.
– Nie interesuje mnie, czy opakowanie jest ładne, kolorowe, czy jest na nim napisane „bio”, „eko”. Zawsze patrzę na skład.
I właśnie gdzieś pomiędzy jednym opakowaniem a drugim zaczęła kiełkować myśl: a gdyby tak stworzyć miejsce, w którym ktoś wykonałby tę selekcję za klienta?
Pomysł kiełkował dwa lata
KuraNać nie powstała podczas jednego olśnienia o trzeciej nad ranem. Pomysł siedział w głowie Justyny około dwóch lat. Pojawiał się. Znikał. Wracał.
– Chciałam, nie chciałam. Nie bałam się, ale miałam niepewność, czy faktycznie tego chcę, czy dam sobie radę.
W końcu powiedziała mężowi.
– Powiedział: brawo, świetnie, nadajesz się do tego idealnie.
Nie wszyscy byli równie przekonani. Były pytania, po co jej to. Przecież sklepów jest mnóstwo. Przecież w marketach też stoją półki ze zdrową żywnością. I właśnie te półki irytowały ją szczególnie. Bo skoro na ogromnej powierzchni supermarketu wyznacza się jeden regał i zawiesza nad nim napis „zdrowa żywność”, to aż prosi się o pytanie, co w takim razie znajduje się na pozostałych.
W pewnym momencie decyzja zapadła. Justyna zaczęła wygaszać dotychczasową działalność. Budowała zaplecze finansowe, szukała hurtowni, przygotowywała nowy biznes. Mąż znał już ten mechanizm.
– On zawsze mówi, że jak ja coś robię, to robię na sto procent albo w ogóle.
I tutaj dochodzimy do kwestii fundamentalnej. Nazwy.
Pytam:
– Skąd KuraNać?
Justyna przez moment zastanawia się, czy naprawdę chcemy tam iść.
Chcemy.
Pierwotny pomysł brzmiał: „Ku**a mać”.
– Miało być to takim pasywno-agresywnym przekazem dla klienta: „Kurwa mać, znowu jesz chrupeczki. Kurwa mać, znowu kupiłeś makaron z dodatkami”.
I tutaj do akcji wszedł mąż. Człowiek, który w tym małżeństwie najwyraźniej pełni również funkcję wewnętrznej rady nadzorczej do spraw pomysłów mogących wywołać pożar w internecie.
– On musi mnie okiełznać. Gdyby nie on, czasami moje pomysły byłyby wystrzelone w kosmos. Jestem impulsem, a on często ten impuls trochę gasi, ale nie podcina mi skrzydeł.
KuraNać została. I ma jeszcze drugie dno. Poprzednia działalność Justyny związana ze stylizacją paznokci funkcjonowała pod nazwą Kura Pazurem. Nowa marka miała więc zachować ciągłość.
Chociaż były również inne warianty. Na przykład „Kura, która dobrze daje”. Poniżej miało znaleźć się doprecyzowanie dotyczące zdrowego jedzenia.
Mąż ponownie zadziałał.
Chyba możemy powiedzieć, że ma swój wkład w ochronę marki.
KuraNać jest bardzo podobna do swojej właścicielki
Im dłużej rozmawiamy, tym wyraźniej widać, że KuraNać rzeczywiście jest przedłużeniem charakteru Justyny. Sama mówi o sobie, że ma dystans. Nie żyje dla opinii przypadkowych ludzi. Potrafi zawieźć dzieci do szkoły w piżamie, a po drodze zrobić w niej zakupy.
Mąż? Przed wyjściem się przebierze. On potrafi tygodniami analizować zakup butów. Ona otwiera sklep internetowy, klika kilka razy „dodaj”, zamawia i zdąży zapomnieć, zanim paczka przyjedzie.
– Jesteśmy dwa różne światy.
A jednak właśnie ta różnica najwyraźniej działa. On hamuje wtedy, kiedy trzeba. Ona wciska gaz.
Kiedy rozmowa schodzi na produkty, pojawia się bardziej biznesowa twarz Justyny. Ale zasada zostaje ta sama. Ma być po jej myśli.
Produkty dostępne w KuraNać najpierw trafiały do jej własnego domu. Były testowane przez nią, dzieci, czasem gości. Dopiero potem podejmowała decyzję, czy chce je sprzedawać.
Opowiada historię przedstawiciela firmy oferującej chałwę. Oferta marketingowo wyglądała dobrze. Sprzedawca zapewniał o świetnym produkcie. Justyna poprosiła jednak o dokładny skład. Po jego sprawdzeniu uznała, że ilość cukru jest dla niej nie do zaakceptowania. Produkt nie trafił do sklepu.
– Jeżeli mam dwa produkty i na jednym mogę zarobić więcej, ale ma gorszy skład, to wybiorę ten z lepszym składem, nawet jeśli zarobię mniej.
Czy to idealizm? Być może. Ale jedno jest charakterystyczne. Justyna bardzo nie chce sprzedawać czegoś, czego sama nie chciałaby postawić na własnym stole. I dokładnie w tym miejscu sklep przestaje być tylko sklepem. Staje się kolejnym elementem życia prowadzonego według własnych zasad.
„Ja to lubię”
Z zewnątrz biznes internetowy może wyglądać przyjemnie. Sklep działa. Zamówienia wpadają. Człowiek siedzi z kawą, raz na jakiś czas drukuje etykietę, a reszta dzieje się właściwie sama.
Cóż. Nie.
– Jestem tutaj sama. Sama składam zamówienia, sama się rozliczam, sama rozmawiam z księgową i przedstawicielami. Sama odpowiadam klientom, pakuję, zawożę paczki do paczkomatu, spotykam się z kurierami.
Lista jest długa. Co ciekawe, kiedy Justyna o niej opowiada, nie brzmi jak ktoś, kto właśnie składa wniosek o współczucie.
– Ja to lubię.
Lubi, kiedy dzwoni telefon. Lubi zapchaną skrzynkę. Lubi wiadomości od rodziców pytających, czy dany produkt nadaje się dla dziecka z konkretną alergią. Lubi szukanie nowych produktów. Lubi rozmowę.
To zresztą powtarza się przez całą jej zawodową historię. Paznokcie były tylko usługą, ale klientki wracały do człowieka. KuraNać sprzedaje produkty, ale Justyna znowu buduje relacje. Może więc przez te wszystkie lata zmieniały się branże, tylko jedna rzecz pozostawała taka sama.
Ona.
Pytam, czego się boi w biznesie.
– Niewiele rzeczy jest mnie w stanie przestraszyć oprócz pająka.
Dobrze. Każdy antysystemowiec ma swoją granicę. Pająki ją znalazły.
Kiedy pytam, na co najbardziej czeka, długo nie potrafi znaleźć odpowiedzi. W końcu mówi:
– Spodziewam się wszystkiego, a nie oczekuję niczego.
Nie chce ustawiać sobie poprzeczki tak wysoko, żeby później całe poczucie własnej wartości zależało od tego, czy udało się ją przeskoczyć. Idzie. Robi swoje. Schodek po schodku.
Pytam więc inaczej. Spotykamy się za rok. Co musiałoby się wydarzyć, żeby powiedziała: „udało się”?
Przerywa mi.
– Ale ja już to mam. Już to kocham. Już to lubię. To się już udało.
Dopiero później pojawia się plan. Większy magazyn. Rozwój. I coś, o czym mówi z wyraźną satysfakcją: możliwość zatrudnienia ludzi.
– Chciałabym oprócz karmienia ludzi dobrym jedzeniem móc też dawać ludziom pracę.
Sukces? Nie zaczyna od pieniędzy.
– Sukces to przede wszystkim zadowolenie z siebie. To, że robię coś zgodnie ze sobą. Dla mnie bardzo ważne jest, żeby żyć w zgodzie ze sobą. Jestem takim antysystemowcem. Idę pod prąd. Mam przeświadczenie, że mnie się albo kocha, albo nienawidzi. Nie ma nic pośrodku.
Zero-jedynkowo?
– Totalnie.
„A jeśli nie wypali?”
Na koniec zostawiam pytanie, o którym wiedziałem od początku, że musi paść.
– Justyna, a jeśli KuraNać nie wypali?
Nie ma dramatu. Nie ma wielkiej ciszy. Nie ma deklaracji, że wszystko postawiła na jedną kartę i świat się zawali.
– No a jeśli nie wypali? To zajmę się czymś innym.
Tyle?
Tyle.
– Nie boję się życia, Dawid. Mamy jedno życie. Jesteśmy tutaj na chwilę.
I chyba właśnie dlatego KuraNać nie jest najważniejszą częścią tej historii.
Może za dziesięć lat będzie wielką firmą. Może rzeczywiście powstanie magazyn, w którym pracować będzie wiele osób. Może dzieci kiedyś przejmą biznes. A może życie napisze Justynie zupełnie inny scenariusz i pewnego dnia uzna, że chce robić coś kolejnego.
Bo wcześniej przez dziesięć lat robiła paznokcie i miała kalendarz wypełniony klientkami. Potem zamknęła ten rozdział. Zainteresowała się zdrowiem. Zaczęła czytać. Szukać. Analizować. Ryzykować. Aż stworzyła coś nowego.
Nie dlatego, że miała gwarancję sukcesu.
Tylko dlatego, że chciała.
Dlatego na samym końcu zadaję jeszcze jedno pytanie:
– A jeśli wypali znacznie bardziej, niż sobie dzisiaj wyobrażasz?
– To będziemy otwierać szampana.
Trzymam za słowo.
Bo po 42 minutach rozmowy z Justyną Mikołajczyk trudno przewidzieć, gdzie będzie za kilka lat. Jednego można być niemal pewnym.
Raczej nie tam, gdzie ktoś inny kazał jej być.
Całe nagranie z naszej rozmowy dostępne jest na YouTube
Źródło: rozmowa własna NowinyOlesnickie.pl z Justyną Mikołajczyk.
